Tydzień VI – Wolter, „Kandyd”

Dla kogoś takiego jak ja, dla kogo wizja „uprawiania własnego ogródka” nie jest wizją szczególnie przyjemną (tak, przyznaję, działkowicz ze mnie marny), Kandyd może być lekturą trudną do przyjęcia. Na szczęście pozory mylą i Wolterowi wcale tak naprawdę nie chodzi o to, abyśmy ruszyli pielić grządki i szukali tam swojego szczęścia.
Kandyd bowiem – poza całym mnóstwem aluzji, nawiązań i motywów – jest przede wszystkim doskonałym dowcipem, który potrafi bawić – do łez! – nawet dziś!
Bohaterów tej szaleńczej i brawurowej zarazem historii spotykają tak niewiarygodne historie (swoją drogą miejscami zarysowane bardzo pobieżnie, szkicowo – nie fabuła jest tu bowiem najistotniejsza), a spiętrzenie nieprawdopodobieństw i spadających nań z każdej strony katastrof jest tak wielkie, że nie sposób nie uśmiechnąć się pod nosem i stwierdzić iż faktycznie „świat ów nie jest najwspanialszym ze światów”. Co jednak począć, jeśli świat ów jest jedynym?

Czytaj dalej

Reklamy