Tydzień X – Kurt Vonnegut, „Rzeźnia numer pięć”

Rzeźnia numer 5

Wszystko to zdarzyło się mniej więcej naprawdę.

Tak zaczyna się jedna z najbardziej niezwykłych książek XX wieku, która za każdym razem, gdy po nią sięgam, robi na mnie piorunujące wrażenie. Opowieść o losach Billy’ego Pilgrima, niezbyt rozgarniętego młodego Amerykanina, który jako jeden z nielicznych przeżył bombardowanie Drezna przez aliantów podczas II wojny światowej (to echa przeżyć samego autora), jest dla Vonneguta przyczynkiem do rozważań na temat ludzkiej natury i tego, co kieruje naszym losem. Cała historia zaś ubrana jest w zaskakujący kostium sci-fi: Billy bowiem, w różnych traumatycznych momentach swojego życia, co jakiś czas „wypada z czasu”. Raz znajduje się w bombardowanym Dreźnie, innym razem w dniu swojej śmierci, jeszcze kiedy indziej na planecie Tralfamadorii, gdzie staje się obiektem obserwacji kosmitów, od których uczy się zupełnie innego postrzegania czasu. Ta fragmentaryczność narracji znajduje swoje odzwierciedlenie także w strukturze powieści – składa się ona bowiem z wielu epizodów ułożonych w mozaikową całość.
Rzeźnia numer 5 to z jednej strony niezwykle sugestywna satyra wojenna, bardzo celnie piętnująca okrucieństwa i bezsens wojny (nie ma chyba drugiej tak pacyfistycznej książki!), z drugiej zaś – przy całej powadze tematu – rzecz niebywale zabawna. Nie jest to oczywiście humor dla każdego (miejscami bywa bowiem naprawdę czarny!), jak mało kiedy jednak znajduje on swoje uzasadnienie: rzeczy, z którymi spotyka się Billy, są doprawdy niepojęte, tak, jak niepojęty jest sam świat i żyjący na nim ludzie, dlatego też jedyną reakcją obronną wydaje się być ironia – tej zaś autor Rzeźni czytelnikowi nie szczędzi.
kurt-vonnegut-list-do-radyDziś powieść Vonneguta ma już status klasyka literatury amerykańskiej i arcydzieła postmodernizmu, wciąż jednak jest tekstem niezwykle świeżym i aktualnym, a swoisty „antybohater”, jakim jest Billy, paradoksalnie w zwariowanym świecie wydaje się być postacią, która w dość specyficzny sposób potrafiła odnaleźć w nim ostatecznie swoje miejsce.
Jak skwitowałby to sam narrator – „Zdarza się”.

Reklamy

Tydzień IX – George Orwell, „Rok 1984”

Rok 1984O Roku 1984 Orwella napisano już chyba wszystko – powieść uznawana jest z jednej strony za klasykę sci-fi, z drugiej za jedną z najcelniejszych antyutopii i wizji świata przyszłości. Próbowano ją analizować na wszelkie możliwe sposoby, niejednokrotnie zarzucając jej brak jakichkolwiek wartości artystycznych, przyznając za to rolę politycznego credo samego Orwella. Jakiego by jednak dyskursu na jej temat nie uruchomić, jedno nie ulega wątpliwościom – mało która XX-wieczna powieść wywołała tak duże poruszenie wśród czytelników i jest przywoływana przy komentowaniu absurdów rzeczywistości współczesnego świata tak często, jak historia Winstona Smitha właśnie. Co prawda dla wielu jest to „tylko” kolejna lektura szkolna, dla innych jedynym skojarzeniem z powieścią Orwella jest zaś wciąż nośne hasło „Wielkiego Brata” (choć coraz rzadziej już chyba konotowanego z nieszczęsnym programem TVN-u), niemniej warto samemu określić swój stosunek do tej historii – psiocząc na mocno toporny miejscami styl, jakim posługuje się Orwell, łatwo można się dać ponieść samej historii.
Opowiedzianej z niezwykłą konsekwencją i świadomością tego, jaki ma być jej wydźwięk. Inna sprawa, że sam Orwell chyba nie miał świadomości, jak pod wieloma względami trafna okaże się być jego wizja…

Czytaj dalej

Tydzień VIII – Mary Shelley, „Frankenstein”

Trudno o drugą tak skrzywdzoną przez popkulturę książkę, jak Frankenstein właśnie. Napisana na początku XIX wieku przez angielską pisarkę Mary Shelley powieść w kolejnym stuleciu została tak niemiłosiernie przetworzona, zwłaszcza przez mnożące się jak kurz na czarnym blacie ekranizacje filmowe, z których prawie żadna nie przedstawia jakiejkolwiek wartości artystycznej, że z literackiego pierwowzoru w powszechnej świadomości zostało niewiele.
Tymczasem Frankenstein to nie tylko kamień milowy – i węgielny zarazem! – w historii literatury sci-fi, ale przede wszystkim wciąż aktualna i porażająca swą dramaturgią opowieść o odrzuceniu, samotności, antycznej w swym ciężarze winie i przeraźliwie dotkliwej pokucie, o odpowiedzialności i granicach człowieczeństwa, wreszcie o możliwościach człowieka i cierpieniu, które nie zna granic.
Jeśli więc wydaje Wam się, że cokolwiek wiecie o Frankensteinie – i Frankensteinie – natychmiast o tym zapomnijcie i zabierzcie się za lekturę powieści Mary Shelley…

Czytaj dalej

Tydzień VII – Arturo Perez-Reverte, „Klub Dumas”

.Mój ulubiony aktor wszystkich czasów, Cary Grant, powiedział kiedyś – „Wszyscy chcą być Carym Grantem. Nawet ja.”. I ja też, mógłbym dodać. Tymczasem gdybym mógł kiedyś wybrać, którym bohaterem literackim chciałbym być, po dłuższej chwili wahania wybrałbym pewnie niepozornego łowcę książek, Lucasa Corso.
I wcale bynajmniej nie chodzi o słynne siekacze, dzięki którym nasz bohater mógł obdarzać wszystkich uśmiechem królika-niewiniątka…

Czytaj dalej

Tydzień V – Italo Calvino, „Jeśli zimową nocą podróżny”

Pamiętam, gdy czytałem Podróżnego po raz pierwszy – to było na drugim roku studiów, w ramach zajęć z kultury europejskiej. Do wyboru mieliśmy kilka lektur z listy, ja jednak uparłem się, że przeczytam wszystkie. I prawie mi się udało :).
Jedną z pierwszych książek, za które się zabrałem, była powieść Italo Calvino Jeśli zimową nocą podróżny – choć nie oceniam książek po okładce, to po tytułach czasami – i tak też było w tym przypadku.
Pamiętam też, że już od samego początku uderzyło mnie, że nigdy czegoś podobnego wcześniej nie czytałem. Książkę pochłonąłem w jeden dzień – czytałem w tramwaju, na akademikowym balkonie, przed spaniem. To było jak objawienie – a więc i tak można pisać! Przez lata książka Calvino osiadła gdzieś w mojej głowie aż wreszcie wróciłem do niej przed tygodniem…

Czytaj dalej

Tydzień IV – Aleksander Dumas, „Trzej muszkieterowie”

Sam się dziwię jak to się stało, że przez te wszystkie lata pochłaniania książek nigdy nie przeczytałem Trzech muszkieterów. Co prawda sama historia – tak mniej więcej – była mi znana: że muszkieterowie, że Atos, Portos, Aramis i d’Artagnan, że Milady, Rochefort i Richelieu, że „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego” i powieść płaszcza i szpady, że pościgi, pojedynki i przygoda, ale wszystko to tak naprawdę było koślawym remiksem obejrzanych filmów (raczej gorszych, niż lepszych), obiegowych opinii i rozmaitych tekstów kultury, które wpisując się w recepcję powieści Dumasa wyrządzały jej więcej krzywdy, aniżeli działały na jej korzyść. Chlubnym wyjątkiem jest tu fenomenalna powieść Reverte’a Klub Dumas, która składa wspaniały hołd Muszkieterom, ale do niej jeszcze w naszym zestawieniu dojdziemy.

Czytaj dalej

Tydzień II – Franz Kafka, „Proces”

Ktoś musiał zrobić doniesienie na Józefa K., bo mimo że nic złego nie popełnił został pewnego ranka po prostu aresztowany.

Pisałem coś ostatnio o pierwszym zdaniu, prawda? No to teraz mamy rozpoczęcie w jeszcze bardziej poruszającym stylu – nie wiem jak Was, ale mnie ono uderza do głębi i na wskroś. Nieważne, czy autor igra sobie tylko z nami, celowo mamiąc nas tym, że Józef K. „nic złego nie popełnił”, żebyśmy mogli mu później kibicować, czy faktycznie K. jest niewinny – w co, swoją drogą, chcę wierzyć. Ważne, że takie rozpoczęcia uderza w zakorzenione gdzieś z tyłu mojej głowy lęki, strachy i obawy – że przyjdzie chwila, kiedy będę zupełnie bezradny, kiedy nic nie będę mógł zrobić, a rzecz, z którą przyjdzie mi się mierzyć, będzie nie tylko ponad moje siły, ale też zupełnie jej nie zrozumiem – swoją drogą: czy nie macie tak każdego dnia?
Czytaj dalej