Powodzenia, doktorze Frankenstein!

Oj, nie ma Frankenstein jakoś szczęścia – i nieważne, czy chodzić nam będzie o doktora Wiktora Frankensteina, który jako jedyny „ma prawo” do tego imienia, czy bezimiennego stwora, którego ów doktor powołał do życia, czy wreszcie powieść Mary Shelley o takimże tytule, której analizą zajęliśmy się przed tygodniem.
Tak bowiem, jak napisałem ostatnio – trudno o drugą tak skrzywdzoną przez popkulturę książkę, jak Frankenstein właśnie. Napisana na początku XIX wieku przez angielską pisarkę Mary Shelley powieść w kolejnym stuleciu została tak niemiłosiernie przetworzona, zwłaszcza przez mnożące się jak kurz na czarnym blacie ekranizacje filmowe, z których prawie żadna nie przedstawia jakiejkolwiek wartości artystycznej, że z literackiego pierwowzoru w powszechnej świadomości zostało niewiele.
Ale, kto by się tam przejmował jakąś starą książką…

Czytaj dalej

Reklamy