Tydzień VIII – Mary Shelley, „Frankenstein”

Trudno o drugą tak skrzywdzoną przez popkulturę książkę, jak Frankenstein właśnie. Napisana na początku XIX wieku przez angielską pisarkę Mary Shelley powieść w kolejnym stuleciu została tak niemiłosiernie przetworzona, zwłaszcza przez mnożące się jak kurz na czarnym blacie ekranizacje filmowe, z których prawie żadna nie przedstawia jakiejkolwiek wartości artystycznej, że z literackiego pierwowzoru w powszechnej świadomości zostało niewiele.
Tymczasem Frankenstein to nie tylko kamień milowy – i węgielny zarazem! – w historii literatury sci-fi, ale przede wszystkim wciąż aktualna i porażająca swą dramaturgią opowieść o odrzuceniu, samotności, antycznej w swym ciężarze winie i przeraźliwie dotkliwej pokucie, o odpowiedzialności i granicach człowieczeństwa, wreszcie o możliwościach człowieka i cierpieniu, które nie zna granic.
Jeśli więc wydaje Wam się, że cokolwiek wiecie o Frankensteinie – i Frankensteinie – natychmiast o tym zapomnijcie i zabierzcie się za lekturę powieści Mary Shelley…

Nie oszukujmy się – większość populacji, której hasło „Frankenstein” mówi cokolwiek, ma przed oczami taki oto obraz:

Frankenstein czy… nie Frankenstein!

Bezmyślne, brutalne monstrum o prostokątnej głowie z charakterystycznym czołem i wystającymi śrubami, którego głównym działaniem jest powolne poruszanie się z wyciągniętymi do przodu rękoma i zabijanie wszystkiego, co stanie na drodze. Do tego trochę prądu i błyskawic.
Tak, naoglądaliście się za dużo tandetnych horrorów i kreskówek. Niewielu – naprawdę! – w ogóle wie, że Frankenstein to nie owo monstrum, tylko jego twórca – niejaki Wiktor Frankenstein, który trochę za bardzo uwierzył we własne możliwości i postanowił zabawić się w Pana Boga. Tyle, że tuż po akcie stworzenia porzuca swoje dzieło, przerażony tym, czym okazało się być. Jak to jednak często bywa w takich przypadkach – refleksja przyszła poniewczasie, a nieszczęsnego doktora spotka zasłużona (?) kara – nie zdradzając zakończenia powiedzieć można, że jego śmierć będzie akurat względnie niewielkim dlań ciosem wobec wszystkiego, co go spotka.
Inna sprawa, iż owo „monstrum”, obwołane przez dwudziestowieczną popkulturę (eh, te nieszczęsne filmy!) „Frankensteinem” w powieści nawet nie ma imienia – mówi się o nim „bezimienny”, choć w samej powieści określany jest jeszcze mianem „szatana”, „demona”, „diabła”, „stwora”, „monstrum”, „potwora”…
Nie jest też bezmyślną, agresywną bestią, o jakiej zwykliśmy w jego kontekście myśleć – dość wspomnieć, że po okresie edukacji w pewnej szopie nie tylko nauczy się mówić, czytać i pisać, ale opanuje też historię świata i zaznajomi z lekturami tak wymagającymi, jak Raj utracony. Nie dziwota, że stwór będzie później rozmawiał ze swoim stwórcą angielszczyzną niemalże akademicką…

Ilustracja do wydania powieści z 1831 roku

Razić nas dziś może pewnie nieco archaiczny już styl, w jakim napisana jest powieść, niedzisiejsza jest także jej kompozycja – prawie cała historia składa się z dwóch opowieści – najpierw Wiktor Frankenstein opowiada swoje losy kapitanowi Waltonowi, później stwór opowiada swoje losy samemu Wiktorowi. Wszystko to ujęte jest w ramy pamiętnika Waltona i okraszone masą listów kogoś do kogoś. Historia jest jednak tak pasjonująca i elektryzująca (sic!), że taka konwencja jest jak najbardziej do przyjęcia i jeśli damy się wciągnąć, nie przeszkadza zupełnie. Co więcej – ciągła zmiana narratora i punktów widzenia tylko sprzyja odbiorowi całej historii i nadaje jej bardziej epickiego charakteru.
Frankenstein to jednak przede wszystkim bardzo osobista i kameralna opowieść o cierpieniu i samotności – najbardziej przejmujące są chyba najbardziej statyczne – i zupełnie nie „horrorowe” fragmenty, w których monstrum opowiada o tym, jak „staje się człowiekiem” – i jak przez ludzi zostaje odrzucone. To mocno zapomniany i niedoceniany element powieści, który robi ogromne wrażenie. Niemniej porywający jest motyw stwórcy, który odrzuca swoje „niechciane” dzieło, które wymyka się później spod kontroli i zaczyna żyć własnym życiem. Reprezentowana przez Wiktora Frankensteina wiara w naukę i boskie możliwości człowieka spotyka się tu z sięgającą prapoczątków ludzkości krytyką – jeśli dumając nad losami biednego Wiktora odnajdziecie w tej historii wcale nie tak dalekie analogie chociażby do Parku Jurajskiego – nie będziecie w błędzie.
Tymczasem bezimienny stwór mógłby w jednym szeregu stanąć z takimi postaciami, jak Johnny 5, Andrew z Człowieka z przyszłości czy nawet Pinokio – bohaterami, którzy tak bardzo pragnęli stać się ludźmi, a którym ludzie miana tego w brutalny niekiedy sposób odmawiali. Nieprzypadkowo zresztą Johnny 5 w drugiej części Krótkiego spięcia wozi ze sobą tylko dwie książki – Pinokia i… Frankensteina właśnie!

Niezmiernie ciekawi są jednak obaj główni antagoniści – nieświadomy swoich czynów Wiktor, który okrutną poniesie karę za to, iż pragnął dokonać więcej, niż jakikolwiek inny człowiek, a także stwór, który jest jedną z najsmutniejszych i najtragiczniejszych postaci w dziejach literatury. Chęć czynienia dobra, ogromna potrzeba piękna i miłości zamienia się u niego w gniew i rządzę zemsty, a wszystko dlatego, iż zewnętrzna brzydota jest dla spotykających się z nim ludzi barierą nie do przekroczenia.
Czytając Frankensteina można się zastanawiać, czy bezimiennego spotkałby podobny los także dzisiaj – koniec XVIII wieku na pewno nie był najszczęśliwszą epoką dla kogoś tak straszliwie zdeformowanego…

Robert DeNiro jako monstrum w filmie z 1994 – tak też i – mniej więcej – stwora wyobrażam sobie i ja

Co ciekawe, równie fascynująca, jak sama powieść, jest także okoliczność jej powstania – oto bowiem lato1816 roku Mary Shelley spędziła w towarzystwie swojego męża, znakomitego skądinąd poety, Percy Shelley’a, a także niejakiego Lorda Byrona i Johna Polidoriego. Efektem ich wspólnego pobytu był konkurs na najlepszy utwór grozy, któremu zawdzięczamy nie tylko Frankensteina, ale także Wampira Polidoriego. Co ciekawe, to jednak tekst Mary okazał się być najlepszym – i jako jedyny w pełni broni się do dziś.
Inna sprawa, że Shelley, choć napisała jeszcze kilka innych powieści, nigdy nawet nie zbliżyła się poziomem do utworu, który zapewnił jej nieśmiertelność…

Jeśli więc wydaje Wam się, że wiecie cokolwiek o Frankensteinie, zapomnijcie i przeczytajcie powieść Mary Shelley!
A potem sprawdźcie, ile miała lat, gdy zabrała się za jej pisanie…

Reklamy

One thought on “Tydzień VIII – Mary Shelley, „Frankenstein”

  1. Zawsze widzę na twarzy innych zdziwienie, jak mówię, ze Frankenstein to nie ten stwór, tylko jego twórca….utarło się, ze ten potwór to Frankenstein i już. Książka jest przejmująco smutna, współodczuwa się wewnętrzne cierpienie i straszliwą samotność „potwora”…
    Natomiast nasuwa mi się inna, podobna zresztą w konstrukcji książka, – „Doktor Jekyll i Mr Hyde” R.L. Stevensona. Może targania duszy i cierpienie nie jest aż tak przejmujące w „spowiedzi” doktora Jekylla jak w książce M. Shelley . Bardziej tutaj widoczne jest starcie jasnej i ciemnej strony człowieka, aczkolwiek znów naukowe badania, które wymknęły się spod kontroli, nie poszły tak jak je widzieli naukowcy, bez patrzenia na konsekwencje swoich działań, chcieli być ponad innymi w swoich odkryciach….

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s