Powodzenia, doktorze Frankenstein!

Oj, nie ma Frankenstein jakoś szczęścia – i nieważne, czy chodzić nam będzie o doktora Wiktora Frankensteina, który jako jedyny „ma prawo” do tego imienia, czy bezimiennego stwora, którego ów doktor powołał do życia, czy wreszcie powieść Mary Shelley o takimże tytule, której analizą zajęliśmy się przed tygodniem.
Tak bowiem, jak napisałem ostatnio – trudno o drugą tak skrzywdzoną przez popkulturę książkę, jak Frankenstein właśnie. Napisana na początku XIX wieku przez angielską pisarkę Mary Shelley powieść w kolejnym stuleciu została tak niemiłosiernie przetworzona, zwłaszcza przez mnożące się jak kurz na czarnym blacie ekranizacje filmowe, z których prawie żadna nie przedstawia jakiejkolwiek wartości artystycznej, że z literackiego pierwowzoru w powszechnej świadomości zostało niewiele.
Ale, kto by się tam przejmował jakąś starą książką…

Czytaj dalej

Tydzień VIII – Mary Shelley, „Frankenstein”

Trudno o drugą tak skrzywdzoną przez popkulturę książkę, jak Frankenstein właśnie. Napisana na początku XIX wieku przez angielską pisarkę Mary Shelley powieść w kolejnym stuleciu została tak niemiłosiernie przetworzona, zwłaszcza przez mnożące się jak kurz na czarnym blacie ekranizacje filmowe, z których prawie żadna nie przedstawia jakiejkolwiek wartości artystycznej, że z literackiego pierwowzoru w powszechnej świadomości zostało niewiele.
Tymczasem Frankenstein to nie tylko kamień milowy – i węgielny zarazem! – w historii literatury sci-fi, ale przede wszystkim wciąż aktualna i porażająca swą dramaturgią opowieść o odrzuceniu, samotności, antycznej w swym ciężarze winie i przeraźliwie dotkliwej pokucie, o odpowiedzialności i granicach człowieczeństwa, wreszcie o możliwościach człowieka i cierpieniu, które nie zna granic.
Jeśli więc wydaje Wam się, że cokolwiek wiecie o Frankensteinie – i Frankensteinie – natychmiast o tym zapomnijcie i zabierzcie się za lekturę powieści Mary Shelley…

Czytaj dalej

Po co komu „Dziewiąte wrota”?

Ostatnio rozprawialiśmy o powieści Arturo Perez-Reverte’a Klub Dumas, dziś – na krótko, na szczęście – pochylimy się nad jedyną jak dotąd ekranizacją tej książki, której podjął się sam Roman Polański. Kto by się jednak spodziewał kina na miarę Dziecka Rosemary czy Lokatora odejdzie z kwitkiem.
Choć trudno o lepszego Corso, niż Johnny Depp…

Czytaj dalej

Tydzień VII – Arturo Perez-Reverte, „Klub Dumas”

.Mój ulubiony aktor wszystkich czasów, Cary Grant, powiedział kiedyś – „Wszyscy chcą być Carym Grantem. Nawet ja.”. I ja też, mógłbym dodać. Tymczasem gdybym mógł kiedyś wybrać, którym bohaterem literackim chciałbym być, po dłuższej chwili wahania wybrałbym pewnie niepozornego łowcę książek, Lucasa Corso.
I wcale bynajmniej nie chodzi o słynne siekacze, dzięki którym nasz bohater mógł obdarzać wszystkich uśmiechem królika-niewiniątka…

Czytaj dalej